Zdjęcie nr 1Tor des Geants. Legendarny górski bieg w sercu Alp – Dolinie Aosty rozgrywany na dystansie 330 kilometrów trwający nieprzerwanie niemal tydzień, gdzie suma podejść wynosi 24 tysiące metrów. Zawody, w których startuje kilkuset najbardziej doświadczonych zawodników z rodziny ultra. W tym roku wystartowało w nim również 3 Polaków. Wywiad z jednym z nich – Jackiem  Bastianem, który ukończył w 2016 roku TdG o motywacji do biegania, poznawaniu siebie, więzi.  

 

Co oznacza Tor des Geants?

Tor des Geants oznacza przygodę. To spotkanie z niesamowitymi ludźmi – z którymi czujesz namacalną więź, z naturą z którą egzystujesz w sposób organiczny. W końcu to spotkanie z samym sobą. Oczywiście to zawody, bieg – rywalizacja, ale ona schodziła na dalszy plan.

Skąd powstał pomysł udziału w TdG?

O Tor dowiedziałem się podczas mojego pierwszego Ultra Trail du Mont Blanc. Pamiętam, podczas zawodów podchodziłem na Grand Col Ferret. Na trasie, w miasteczku poniżej zobaczyłem samochód  z logotypami Tor. Zaciekawiło mnie to. Kiedy wróciłem do domu, odszukałem nazwę, zobaczyłem trasę i od razu się zakochałem.

Zakochałeś się?

No tak (śmiech). W górach jest jakaś magia, czar. Kiedy tam jesteś – to wiesz, że będziesz musiał tam wrócić. Zacząłem intensywnie myśleć o Tor. Pokazałem trasę żonie. Ona popatrzyła na mnie z wyrozumiałością i powiedziała wzdychając tylko jedno słowo:  „Jacek”. Później to się już potoczyło. Od tego momentu do startu minęło pięć lat.

Jak zareagowali Twoi bliscy na pomysł startu w zawodach trwających prawie tydzień?

Z wielką troską. To na pewno.  Ale też ze zrozumieniem. Moja żona od kiedy ją znam mówi, że tyle wolności ile  miłości i tyle miłości ile wolności.  Nie jest to pustosłowie – my tym się kierujemy, to daje nam siłę. Stres w rodzinie był oczywiście duży. Jako obowiązkowe uważam ubezpieczenie się na taką wyprawę.

Brzmi poważnie.

Chodzi o to, że jesteś odpowiedzialny nie tylko za swoje pasję – ale też za innych ludzi,  rodzinę. Tor to jeden z najtrudniejszych biegów górskich na świecie jakie znam – z powodu  dużej ekspozycji, licznych trawersów gdzie po prostu jest niebezpiecznie.  Byłem świadkiem sytuacji, kiedy helikopter podczas zawodów zabierał z trasy osoby poszkodowane. W 2013 roku na trasie w nocy doszło do śmiertelnego wypadku. Zawodnik, w dużej mgle zgubił trasę i spadł. Do gór trzeba mieć dużo szacunku i pokory.

Zdjęcie nr 2Od kiedy sam startujesz w ultra?

W 2009 roku wystartowałem w pierwszym biegu ultra. Ale to nie był początek – wcześniej przez wiele lat chodziłem po górach i zajmowałem się sportowym chodzeniem po jaskiniach. Regularnie startuję także w biegach i marszach na orientację. Z tego też myślę, że bierze się moja duża wiedza jak reaguje moje ciało. Ja nie jestem typem biegacza, który jest szybki, ale moim atutem zawsze była duża wytrzymałość. Dlatego cenię starty w biegach endurance, ponieważ w nich liczy się właśnie wytrzymałość i zdolność do racjonalnego myślenia w sytuacjach kryzysowych.

Kiedy zacząłeś się przygotowywać do startu? Na czym polegały Twoje przygotowania?

Przygotowania do startu rozpocząłem dwa lata temu. Wtedy podjąłem decyzję o modyfikacji treningów pod kątem przygotowań do Tor. Nie mam problemów z wytrzymałością, natomiast skoncentrowałem się na budowaniu siły, podchodzeniu. Pożyczyłem rower mojego Taty, który waży jakieś 30 kilogramów i na nim jeździłem do pracy. Ten rower naprawdę jest ciężko podnieść. Nie ma szans, żeby dogonić na nim nawet dziecko jadące na rowerze na płaskich odcinkach. Mieszkam na Pomorzu, więc nie mam częstych możliwości biegania w górach – ale będąc pomysłowym, można zbudować bazę nawet w takiej sytuacji. Do pracy mam 2 górki i 2 zjazdy. Kiedy wracam – mam jeden długi podjazd. Na tym rowerze codziennie jeździłem do pracy. Kiedy rozpoczynałem trening rowerowy, doskonale pamiętam, jak na pierwszej górce musiałem z niego zsiąść, bo nie miałem siły.  Efekt? Podczas TdG nie miałem żadnych, najmniejszych problemów z podchodzeniem.

Zakwalifikowałeś się w 2016 roku. Pamiętasz, jak to przyjąłeś?

Na początku okazało się, że mnie nie wylosowali. Pomyślałem – trudno. Nawet zastanawiałem się, czy nie wystartować w alternatywnym biegu 4KVDA . Zawiadomienie, że otrzymałem możliwość startu dostałem w marcu 2016. Jak dostałem emaila, to myślałem że ktoś zrobił mi kawał. Kiedy dotarło do mnie, że to jednak zaproszenie – spoważniałem i pomyślałem, że żarty się skończyły, kości zostały rzucone.  Pamiętam uczucie żartu i odpowiedzialności. Ale też żalu – że nie ma żadnych Polaków, których znam i że będę tam sam.

Jakie to uczucie – jedziesz do serca Alp, doliny Aosty. Wiesz, że staniesz pomiędzy innymi ultramaratończykami – a do mety jest 330 kilometrów...

To było dziwne uczucie. Miałem taką myśl, że zmierzam na nieznane wody. Nie wiedziałem, dokąd mnie to zawiedzie. Mam na koncie wiele startów w Polsce i za granicą, ale w czymś takim jeszcze nie brałem udziału. Startowałem w Alpach, na UTMB  byłem dwa razy, ale Tor to zupełnie inna impreza – o znacznie wyższym poziomie trudności. Najwyższy szczyt na UTMB jest na około 2600 metrów, a podczas TdG średnia wysokość jest na 2500 metrów. Podczas Tor czymś zwyczajnym jest temperatura w granicach zera, praktycznie masz gwarancje że na trasie będziesz miał każdy rodzaj warunków meteo. I to się sprawdziło – zakres temperatur jakie ja spotkałem podczas Tor wynosił od +35 do – 5 stopni. Poza tym śnieg, ulewne deszcze, totalna mgła, burze…

Jaką miałeś taktykę ?

W tak wymagających biegach jak Tor szybkość nie ma dużego znaczenia. Istotne jest, aby rozpocząć bieg jak najwolniej. I taka była moja taktyka na Tor – żeby spokojnie zacząć. Ale z perspektywy czasu oceniam, że i tak zacząłem za szybko. Bardzo ważne jest stałe wsłuchiwanie się w swój organizm – co on mówi, co powinienem zrobić. To bieg, na którym można bardzo szybko przeszacować siły…

Co to znaczy?

Podam przykład. Kiedy startujesz w Courmayeur to pierwsze podejście ma 7 kilometrów i na początek 1500 metrów przewyższenia… Wtedy każdy jest silny – łatwo poddać się emocjom, bo start i klimat setek zawodników z całego świata jest niesamowity. Ale trzeba poskromić emocje – pamiętać, że na trasie szczytów na które wchodzi się powyżej 2000 metrów jest 23. Suma podejść wynosi tyle, co trzykrotne wejście na Mount Everest z poziomu morza. Trzeba o tym pamiętać – Tor to zawody dla doświadczonych ultramaratończyków, którzy potrafią zachować spokój.

Co trzeba zabrać ze sobą na trasę?

Przede wszystkim na trasę trzeba wziąć ze sobą odpowiedzialność. Tor des Geant nie premiuje bohaterów – osób, które idą na luzaka, nieprzygotowani. Bo tutaj cena może być naprawdę wysoka. Jak nie weźmiesz ze sobą sprzętu – wychłodzisz się, jeśli ulegniesz emocjom – może to spowodować poważne konsekwencje… Oczywiście jest wyposażenie obowiązkowe, które jest kontrolowane podczas biegu przez organizatora. Ja byłem raz kontrolowany. Ta kontrola była wtedy, kiedy zaczęły się warunki zimowe. Był opad śniegu i trzeba było wejść pod 2788, na bardzo trudną technicznie przełęcz pod Col Vessonaz. Miałem o tyle trudną sytuację, że ze zmęczenia zapomniałem kijków, które zostały w poprzednim schronisku. Wprawdzie nie były one na wyposażeniu obowiązkowym, ale pomagały zachować równowagę. Pod Vessonaz było bardzo ślisko. Australijczyk, z którym wspieraliśmy się na trasie oddał mi swój jeden kijek i tak wzajemnie sobie pomagając pokonaliśmy to przejście. Nawet mieliśmy plan, że razem ukończymy TdG, ale on niestety dwadzieścia kilometrów dalej osłabł, nie miał już siły biec i został zdyskwalifikowany, nie zmieścił się w limicie.  

Zdjęcie nr 3Trudno pytać o każdy dzień, ale czy  wyobrażałeś sobie – co Cię czeka? W sensie fizycznym i psychicznym?

Do trasy przygotowałem się gruntownie. Znam Alpy, ponieważ często spędzamy tam czas z rodziną.  Przed startem dokonałem dokładną inwentaryzację trasy, szczegółowo przeanalizowałem ją z kolegami, którzy startowali w poprzednim roku na Tor za co jeszcze raz im dziękuję. Uczyłem się jej na pamięć. Na stronie organizatora jest również zamieszczona świetna animacja pokazująca trasę z lotu ptaka. Zachęcam do obejrzenia, robi wrażenie (śmiech). W sensie psychicznym – dużą wagę przykładam do treningu mentalnego, metod zaczerpniętych z psychologii sportu. Stosuję wizualizację, jako metodę motywacyjną. Jest bardzo przydatna do przygotowania psychicznego. Przez całą trasę wizualizowałem sobie ostatni odcinek, który znałem wcześniej z startów w UTMB. Wiedziałem, że to bardzo trudny bieg. Ale pomimo tego wszystkiego były momenty na trasie, że byłem zaskoczony, kiedy widziałem niektóre zejścia na których nie było żadnego zabezpieczenia, żadnej liny. Na przykład zejście z Col Loson (3299 m), śliskie i zdecydowanie były tam potrzebne ubezpieczenia.  Myślę, że podstawa to przygotowanie psychiczne a w drugiej kolejności wydolnościowe.

Czy Tor to tylko napięcie i stres?

Oczywiście, że nie. Każdy, z kim rozmawiałem mówił mi to samo. Tor to magia. Trasa uwodzi swoim pięknem. Najpiękniejsze momenty jakie pamiętam? To wschody słońca.  Miejsca i momenty, których nie sposób zapomnieć. Czujesz wtedy w środku jakieś głębokie wzruszenie, doświadczenie które najbliższe jest chyba doznaniom mistycznym.  Pamiętam sto dwudziesty kilometr biegu, przełęcz Fenetre di Champorcher (2827 m) – zapierający dech w piersiach: z jednej strony widok na lodowce, z drugiej na górskie jezioro… Takich widoków było dziesiątki. Ale powiem jeszcze o jednym pięknym miejscu. To był ostatni szczyt na 310 kilometrze. Ośnieżony widok na Col Malatra (2936 m) za którym zaczynał się zbieg do Courmayeur. Malatra – ogromny, majestatyczny i budzący zarazem lęk. Kierunek oznaczony chorągiewkami organizatora który wydał mi się absurdalny  – w górę. Końcowe wejście było tak pieruńsko ślisko, naprawdę niebezpiecznie. Ja się tam tak wypaskudziłem w błocie i śniegu że tamtej breji nie zapomnę do końca życia. Byli tam też ratownicy, służby ubezpieczające na wypadek gdyby coś się wydarzyło. Organizator było obecny stale.  Wykonał niesamowitą pracę i należą mu się wielkie brawa – za działania logistyczne i dotyczące bezpieczeństwa. Wolontariusze, służby ratownicze, pomoc medyczna, wszyscy zaangażowani robili co możliwie, aby pomóc w tak trudnym terenie. Trasa była też idealnie wyznakowana, nie było możliwości pogubienia się.

Kryzysy na trasie – nie pytam, czy je miałeś, tylko czy miałeś kiedyś takie kryzysy, jak podczas TdG?

W przeszłości miewałem takie kryzysy, jak podczas Tor. Ale tutaj te kryzysy narastały cały czas. I problemem było, że one narastały geometrycznie. Kryzys, który odczuwałem wracał z narastającą siłą. Najtrudniejsze było to, że nigdy nie wiedziałem kiedy nastąpi kolejny (śmiech). Na tego typu trasach i biegach typu endurance nie jesteś w stanie tego zaplanować, to jest poza tobą. Takie kryzysy trzeba zaakceptować, być spokojnym i cierpliwym, nawet zaprzyjaźnić się z nimi. One mijają. Moje trudności pochodziły z dwóch grup – pierwsze to bóle mięśniowe w pierwszej części trasy. A drugi rodzaj problemów to walka z pragnieniem snu. Na przykład teoretycznie wiedziałem, że nie mogę w danym momencie zasnąć, ale przemieszczając się nagle potykałem się o kamień i uświadamiałem sobie, że właśnie zasnąłem – a kamień  po prostu mnie obudził. Miałem tak kilka razy. Czasem kryzys miał postać reakcji psychicznej na bariery, ograniczenia których nie można było pokonać – kiedy nie możesz iść dalej, bo masz na przykład załamanie pogody, fatalną mgłę, ścianę wody i silny wiatr i nie widzisz traserów. Wtedy musisz odnaleźć w sobie spokój, rozluźnić się, czekać pomimo świadomości i odczuć że się wychładzasz, pragnienia aby uciekać stamtąd. Trzeba czekać, stać 15 minut aż wiatr przewieje i będzie można ruszyć przed siebie. Miałem takie sytuacje, kiedy będąc na dużej ekspozycji przychodziła mgła tak gęsta, że nie widziałem własnej dłoni.  Czułem wtedy strach i myśl, że muszę go opanować. Każdy krok w takiej sytuacji był nierozważny. Wtedy kryzys był zewnętrzny a nie wewnętrzny. Duży kryzys psychiczny miałem na 180 kilometrze, na zbiegu  do miejscowości Niel. Wcześniej, w bardzo trudnym skalistym terenie – na Col della Vecchia (2184 m) spotkała mnie na szczycie gwałtowna burza. Wychłodziłem się, nie mogłem się rozgrzać. I tam, na zbiegu miałem moment, kiedy moja motywacja do biegu spadła prawie do zera. Zresztą to zejście było koszmarne – jeśli ktoś zna zejście z Krzyżnego w Tatrach w kierunku Pięciu Stawów to można je w pewnym sensie porównać. Różnica polega na tym, że na Tor zbieg jest trzy razy dłuższy i odcinkami bardziej kruchy…. Cechą charakterystyczną Tor i w ogóle doliny Aosty jest jej głębokość. Czasami zbiegasz prawie trzydzieści kilometrów (tak jest przed Donnas w połowie trasy) do wysokości 330 metrów nad poziom morza, aby następnie od razu podchodzić na wysokość ponad 2200 metrów. Wyobraź sobie mięśnie czworogłowe uda po trzydziestokilometrowym zbiegu. Widziałem ludzi, którzy po prostu siadali gdzieś na kamieniu ze zwieszonymi głowami. Bardzo cierpieli.

Rozumiem, że trasa jest trudna.

Uważam, że trasa jest trudna i odcinkami bardzo trudna,  bardziej odpowiednia do skyrunningu. Są oczywiście odcinki  łatwe technicznie, ale i tam należało być skoncentrowanym i zachować czujność. Duże kamienie, ekspozycje gdzie można spaść, długie stokówki o dużym stopniu nachylenia – to powoduje, że jest to bieg dla doświadczonych ultramaratończyków. Zresztą statystyki pokazują w sposób jednoznaczny – Tor co roku kończy 60 % uczestników. A nie są to przypadkowe osoby. Trzeba pamiętać, że biegnie się z plecakiem, który stanowi dodatkowe obciążenie.

Ile spałeś przez cały bieg?

Przez 149 godzin biegu spałem 9, 5 godziny.

Jak to możliwe?

Sam zadaję sobie to pytanie, nie znam na nie odpowiedzi. Jednym z wyjaśnień, jakie znajduję to nasza psychika, zdolność do pokonywania barier, trudności, motywacja, potrzeba doświadczeń. Człowiek jest niepowtarzalną istotą.  

To tydzień samotności…

Tak i tydzień różnych zabawnych sytuacji. Pamiętam moment, kiedy w trzecim dniu napierałem pod przełęcz. Była 21. Przekroczyłem ją i zacząłem zbiegać dużym płaskowyżem. Byłem sam, moja czołówka świeciła słabo. Nagle na mojej drodze zobaczyłem jakiś dziwaczny kształt który stał i machał do mnie jakimś dużym kijem. Przestraszyłem się. Wyglądało to nierealnie – wysoko w górach coś dziwnego do mnie macha. Minęło kilka sekund, kiedy uświadomiłem sobie, że przecież mogę włączyć w czołówce szperacz. Wtedy zobaczyłem. Samotną krowę, na wysokości 2300 metrów, stojącą i kręcącą młynki ogonem… Uśmiechnąłem się i poczułem ogromną ulgę – jednak nie odlatuję… 15 minut później, wybiegając zza zakrętu wpadłem w sam środek stada kilkudziesięciu kóz. Wtedy wiedziałem, że wyczerpałem limit bliskich spotkań trzeciego stopnia na ten dzień (śmiech). Ale to nie był koniec przygód na ten dzień – chwilę później spotkała mnie gwałtowna ulewa, całkowicie przemokłem zanim dotarłem do następnej bazy.

Dużo było takich sytuacji?

O tak – to w końcu epicki bieg, ponad trzysta kilometrów. Pamiętam taką sytuację. Dobiegam do schroniska Frassati na wysokości 2537. Końcówka biegu, 317 kilometr. Była 6.30 rano. Jestem zmęczony i głodny, goni mnie limit. Przede mną pozostaje ostatni szczyt do przejścia. Dochodzę do zabudowań i widzę taki widok: budynek a przed nim 8 - 9 zawodników. Z budynku niemiłosiernie śmierdzi. Zaglądam do środka, a tam stoją krowy. No widzę – obora, jak nic. Zawodnicy siedzą, są wyraźnie bardzo zmęczeni, wyglądają jakby na coś czekali. Zapytałem ich – co robią, odpowiedzieli że trzeba tutaj poczekać, bo tutaj jest punkt żywieniowy. Nie mogłem w to uwierzyć – tutaj? W oborze? Byli o tym absolutnie przekonani, nie chcieli iść dalej. Po jakimś czasie razem z Brazylijką i dwoma Francuzami postanowiliśmy ruszyć dalej. 600 metrów wyżej ukazało nam się schronisko. Teraz o tym myślę  –  byli skrajnie wycieńczeni, nie myśleli racjonalnie i każdy kolejny dołączał się do innych. Teraz można się śmiać – ale mnie też chwilę zeszło, kiedy dotarło do mnie, że niemożliwe aby punkt był zlokalizowany między krowami. Miałem taką wielką ochotę usiąść razem z nimi.

Zawodnicy na Tor des Geants – opowiedz o nich.

Jest grupa elity, którą można zobaczyć na starcie i uroczystym zakończeniu. To co jest niesamowite i  bardzo sympatyczne zarazem to, że większość z nich jest otwarta, można z nim porozmawiać, zrobić sobie fotografię. I druga grupa, którą stanowi większość zawodników – takich jak ja, którzy chcą ukończyć Tor, rywalizujących sami ze sobą.

Atmosfera pomiędzy ludźmi była  pełna życzliwości – praktycznie nie było żadnych barier językowych, kulturowych. Na starcie zwykle jest około osiemset osób. Do mety dociera 450 zawodników. To na tak długiej trasie niewiele – czujesz się tam wyjątkowo, jesteś traktowany z ogromnym szacunkiem i ciepłem przez wolontariuszy, kibiców. To poruszające i pozostaje gdzieś głęboko – to poczucie wspólnoty. Razem z innymi zawodnikami czujesz się jedną wielką rodziną. Rozmawiałem z wieloma z nich, takimi którzy wracali na Tor po kilku latach przerwy. Wszyscy mówili podobnie. Tor to miejsce, które trochę ich zmieniło…

W jakimi sensie ?

Ja do końca nie wiem. Mogę tylko domniemywać. Wiem jak Tor na mnie wpłynął. Bardziej mnie utwierdził w kwestiach życiowo – zawodowych. Ugruntowałem się w przekonaniu, że warto być sobą o czym z żoną napisaliśmy w naszym artykule. Jeśli masz kanon postępowania, to nie opłaca się go naginać. Takie myśli towarzyszył mi podczas biegu. Takie dystanse, długie przebywanie w samotności pozwalają zajrzeć w głąb duszy. Mogłem spokojnie rozważać życie prywatne, zawodowe… To niesamowite uczucie. Ja odkryłem kilka rzeczy, które teraz staram w sobie rozwijać. Miałem ze sobą muzykę, ale może posłuchałem jej trzy godziny? Niczego takiego nie potrzebowałem. Dużą pomocą były telefony od rodziny i przyjaciół, którym za to jestem ogromnie wdzięczny.

Nazwa Twojego zespołu to imię – Asia.

Tak Asia Team. To imię mojej siostry, która kilka miesięcy wcześniej stoczyła walkę o życie. Choroba krwi spadła na nią nagle, nieoczekiwanie. Zawsze była zdrowa. Tylko dzięki jej determinacji, woli życia, dostępowi do profesjonalnego sprzętu i ogromnej pracy i poświęceniu lekarzy Asia przeżyła. Myśl o Niej towarzyszyła mi cały czas – szczególnie w momentach trudnych, kryzysowych. Wtedy mówiłem do siebie – ej, stary, to jest kryzys? Kryzys to miała Asia. Podnoś się, napieraj… Tor był dla Niej. I Tor nie był najważniejszym biegiem.

To znaczy?

Tor nie był biegiem w tym roku. Dla mnie głównym biegiem, jest bieg dla mojej siostry. Planuję bieg charytatywny wzdłuż polskiego wybrzeża, podczas którego zorganizujemy zbiórkę funduszy na specjalistyczny sprzęt dla Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. To wyraz wdzięczności za pomoc, jaką otrzymaliśmy od ludzi dobrej woli.

Będziesz biegł sam ?

Bieg będzie miał charakter otwarty. Każdy będzie mógł się dołączyć – na jakiś etap lub na całość. Na dzisiaj zadeklarowało obecność pięciu moich biegowych Przyjaciół, którzy mocno mnie wspierali  kiedy Asia walczyła o życie. Bieg zaplanowany jest na styczeń 2017 – będziemy biegli z zachodu na wschód Polski wzdłuż polskiego wybrzeża. To trudny bieg, ale może po Tor będzie łatwiej? (śmiech). Na Bałtyku szaleją wtedy sztormy – planujemy biec linią brzegową, może być ciekawie…

Akcja poza zbieraniem pieniędzy będzie również kampanią na rzecz uświadomienia powagi chorób krwi oraz niedostatecznego dostępu do specjalistycznego sprzętu ratującego życie. Wiem od lekarzy, że gdyby moja siostra mieszkała w innej części kraju – nie miałaby szans. Śmiertelność choroby na którą zachorowała Asia wynosi blisko 90%. Gdyby nie dostęp do opieki medycznej i pomoc ludzi dobrej woli… –lekarze walczyli o nią, leki nie były refundowane. Mamy być za co Im wdzięczni.

Jacek, bardzo dziękuję za tą poruszającą opowieść.

To ja chciałbym podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali podczas tego roku. Tor des Geants, choroby i wyzdrowienie Asi – jestem Im wdzięczny za ten dar i pomoc dla mnie i moich bliskich.

 

Jacek Bastian, rocznik 1975. Ultramaratończyk, uczestnik Tor des Geants 2017.

strona TdG: http://www.tordesgeants.it/

 

Zakład Wykonawstwa Sieci Elektrycznych

OMEGA PILZNO - Transport Spedycja Logistyka

Res Motors - Autoryzowany Dealer FORD

Deweloper, nowe mieszkania w Rzeszowie, gotowe domy, szeregówki - Szerbud

SB Complex - kompleksowe usługi budowlane

waran regaly

Marcel Bus

Sylveco – kosmetyki naturalne – kosmetyki naturalne

vianek

Biolaven - nowe naturalne kosmetyki

PGE Dystrybucja

Sanofi w Polsce - Sanofi to jeden z wiodących koncernów farmaceutycznych na świecie.

Folia - MARMA Polskie Folie

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem